Adam Bernau, adwokat, tel. 500-506-506

Po przeszło 10 latach chodzenia po sądach i poznania setek par rozwodzących się naszło mnie na delikatne podsumowanie, zebranie wrażeń z tego wycinka prawniczej rzeczywistości jakim są rozwody i poprzedzające je rozstania. Całokształt, który z tych okoliczności się wyłania, tworzy ciekawą przestrzeń do refleksji. 

Nie ulega wątpliwości, że rozstanie to bardzo ważna rzecz w życiu każdego człowieka. Jest to nieco trudniejsze rzecz niż zmiana ubrania z jednego na inne, innymi słowy nie jest zwykłą czynnością techniczną – pt. zdejmij ubranie – nałóż ubranie. Głównie dlatego, że zupełnie inny jest poziom i natężenie emocji towarzyszy zmianie partnera niż zmianie ubrania. W typowej sytuacji związanej z rozstaniem pojawia się pewnego rodzaju ból związany z tym, że wiele łączyło nas z tą osobą, spędziliśmy wspólnie dużo pięknych chwil, był to jakiś stabilny stan do którego się przywiązaliśmy, mieliśmy wiele oczekiwań, a tu bach, i koniec. Człowiek lubi się przywiązywać do ludzi, rzeczy i zjawisk, bo jest to jedna z bazowych potrzeb człowieka. A gdy coś tracimy pojawia się zazwyczaj w umyśle smutek, żal, cierpienie o różnym natężeniu. Związane jest to w głównej mierze z utratą poczucia bezpieczeństwa, które upatrywaliśmy w tym człowieku, w tej rzeczy, czy w tym zjawisku. Mieliśmy coś, czuliśmy się bezpiecznie, było dość stabilnie, nagle tracimy to, pojawia się niepewność. Innymi słowy można też powiedzieć, że druga osoba coś nam dawała – stabilność, poczucie bezpieczeństwa, wspólne plany na przyszłość, wspólne wychowywanie dziecka, wychowywanie dziecka w pełnej rodzinie, możliwość dania dziecku czegoś, czego być może sami nie mieliśmy, itp. Tak jako ludzie zostaliśmy w większości uwarunkowani. Jak ta stabilność zmienia się, to zazwyczaj jest nam nieprzyjemnie.

Nawet jak udzielam porad osobom, które przesiedziały trochę w więzieniu i wyszły po dłuższym pobycie to czują pewien dyskomfort, bo tam wszystko było takie jasne, znajome, poukładane, ten strażnik to miał takie swoje humory, a ten współwięzień nie sprzątał i trzeba go było dyscyplinować w ten czy w inny sposób. Wiedział co i jak robić, a teraz nagle po wyjściu musi robić coś nowego. Pojawiają się emocje.

Każdy z nas ma rzeczy w życiu, do których się przywiązał, nie chce ich zmieniać lub nawet nie wyobraża sobie życia bez nich. Można się przywiązać do pracy, można się przywiązać do męża, żony, partnera, partnerki, nawet do pomagania innym i czuje się dyskomfort, gdy ten związek z drugą osobą, czy związek z pracą przemija. Podkreślam, że to nie utrata związku czy pracy powoduje dyskomfort, tylko utrata tego, co nam praca czy związek dawała. Przykładowo wymieniłem wcześniej, że związek „daje” stabilizację, poczucie bezpieczeństwa, wspólne plany na przyszłość, możliwość wspólnego wychowywania dziecka, pokazanie się w towarzystwie z rodziną, itp. 

Co najfajniejsze to, że to dopiero pierwszy poziom uświadamiania sobie, co dawała mi rodzina. Bo jak spytam siebie, co daje mi poczucie bezpieczeństwa, które otrzymuję wraz ze związkiem to wychodzą kolejne fajne rzeczy. Albo co daje mi możliwość wspólnego pokazania się z rodziną w towarzystwie? Albo co daje mi możliwość błyśnięcia w towarzystwie i powiedzenie paru fajnych słów o naszym wspólnym familijnym wyjeździe za granicę? Chcecie zobaczyć zdjęcia? Tylko koniecznie polubcie je na facebuku. Wracając do utraty „pracy” czy „związku” – emocje w zasadzie podobne, tylko bodziec je uruchamiający jest inny. 

Dodatkowo rozwód czy rozstanie wiąże się z pewnymi utrudnieniami, gdy byli małżonkowie / partnerzy mają dzieci, wspólne mieszkanie, wspólny kredyt na 30 lat. Pojawiają się pytania: Jak to uregulować? Kto zostaje w mieszkaniu? A kto ma się wyprowadzić? Co z dziećmi? Jak się będę z nimi widywać? Przecież do tej pory miałem z nimi codzienny kontakt? Jak wychowywać dziecko jak się już nie jest razem? Co powiedzą znajomi, co powie rodzina? Kto bierze mikrofalę, a kto fotel, lub ten widelec? – no bo przecież to jest bardzo istotne. Pojawi się kwestia znalezienia nowego mieszkania, trzeba będzie za nie płacić samemu, mieć własna pralkę i robić samodzielne pranie. 

Dodatkowo, gdy któryś z partnerów jest wkurzony lub ma pretensje do drugiego partnera to bardzo często takie rozstanie odbywać się może bez wzajemnego szacunku. Jeszcze gorzej jak widzą to dzieci i uczą się nieświadomie od rodziców jak wyglądać może relacja między małżonkami, partnerami gdy nie są w stanie porozumieć się w podstawowych kwestiach dotyczących rozliczeń majątkowych, kontaktów ze swoimi dzieckiem, ustalenia tego, kto za co płaci jeśli chodzi o dziecko, czy sposobu wykonywania władzy rodzicielskiej. W tym momencie rodzicie nie mając odpowiedniego zrozumienia uczą nieświadomie swoje dzieci czegoś, czego wcale na poziomie świadomym nie chcieli by ich uczyć. Bo czy któryś z rodziców tego dziecka chciałby je uczyć jak wydzierać się na swojego partnera, jak obrażać partnera, jak nie szanować partnera, jak nie angażować się we wspólne obowiązki domowe i obarczać nimi drugiego partnera, jak nie zwracać uwagi na to co mówi partner i przekonywać do swojej „racji”? Wynika to zazwyczaj z pewnej niedojrzałości jednego małżonków i zamiast rozwiązywać razem problemy na poziomie logicznym, jeden z małżonków próbuje tylko poczuć się lepiej „dowalając” na różne sposoby drugiemu, bo tak został nauczony radzenia sobie z emocjami. 

Nie powiem, żeby adwokaci na tym nie korzystali, gdyż ilość spraw rodzinnych (rozwód, alimenty, opieka) wynikających z niezrozumienia swoich emocji i tego jak działają jest bardzo duża. Skoro prawnik przy pomocy narzędzi prawnych przy współudziale sądu może pomóc uczynić zadość mojemu skrzywdzeniu to czemu miałbym / miałabym z tego nie skorzystać i nie pozwać byłego małżonka / byłej małżonki o to czy o tamto, i nie ciągać go po sądach przy każdej okazji. Przecież on jest ten zły i niech to w końcu zrozumie. Przecież on czy ona nie spełniała moich oczekiwań (które zawsze, otwarcie komunikowałam / komunikowałem), niech w końcu spełni jakieś moje oczekiwanie. Małżonek taki nie będąc w stanie się porozumieć nie widzi jednocześnie, że w sądzie będzie spotykał się z byłym małżonkiem wielokrotnie, przeżywając nieraz jeszcze przez kilka lat prowadzenia sprawy emocje towarzyszące rozstaniu, często nakręcając spiralę niezrozumienia dla własnych potrzeb, oczekiwań a jednocześnie utwierdzając się w przekonaniu, że dobrze się zrobiło rozstając się bo on / ona jest taki i taki, i nie chce zgodzić się na to i na to. To nic, że dzieci są w te emocje rodziców uwikłane i uczą się podświadomie takiego sposobu rozwiązywania nieporozumień. Oczywiście żaden rodzić nie chciałby, aby jego dziecko w przyszłości w taki sposób nie radziło sobie w związku. Paradoksalnie tego właśnie je uczy – jak sobie nie radzić.

Fascynującym tego przykładem niech będzie córka z poprzedniego związku mojej partnerki, która na pytanie w jaki sposób rodzice powinni rozwiązać jakiś problem, podaje odpowiedz, że przez sąd. Nikomu nie wpadłoby do głowy, że sześcioletnia dziewczynka może w ten sposób postrzegać sytuację między jej rodzicami, którzy w sądzie w „swojej” sprawie spotykali się już kilkakrotnie. Dlatego tak ważne jest pytać dzieci o tego typu rzeczy, aby coś mogło do nas samych docierać. Bo tu nawet nie chodzi o dzieci. Dzieci są jak lustro, które pokazuje nam nas samych. Oczywiście później jeszcze mamy pretensje do lustra / dziecka, że jest jakie jest, że robi nie tak jak należy – dlaczego córko kłócisz się z nim w sądzie, nie lepiej się dogadać. Ale mama jest już mądrzejsza, przeszła na drugą stronę i po kilku latach w sądach ze swoim byłym teraz doradza córce odwrotnie niż ją uczyła jak miała kilka lat. Nie widzimy, że mamy wtedy tak na prawdę pretensje do siebie samych. 

Dziecko jest tylko tego jednym z przykładów, równie dobrze w niektórych sytuacjach będzie to partner / partnerka lub współpracownik w pracy. Gdy to pojmiemy wtedy nie będziemy mieli pretensji do przyszłego już partnera naszego dziecka, jak śmiał tak skrzywdzić nasze dziecko, że tak źle wybrała. Bo uświadomimy sobie, że wtedy w przeszłości to my, rodzice stworzyliśmy tę sytuację, tylko wtedy nie byliśmy jeszcze gotowi przeżyć jej we właściwy sposób. Zamiast tego musieliśmy dowalić byłemu / byłej najczęściej w sądzie. I poczuliśmy się lepiej. Przynajmniej na chwilę. Czy gdybyśmy zatrzymali się wówczas na chwilę i zadali sobie pytanie, czy chcemy, aby dzieci jak już dorosną lata spędzały na roztrząsaniu, wałkowaniu w głowie, nieporadnym przeżywaniu emocji związanych z rozstaniem i niestworzonymi historiami na temat tego, jaki to mój był mąż, żona, partner był beznadziejny, to czy rzeczywiście odpowiedz brzmiałaby tak. A jednak większość ludzi tak robi. Spotykam ich na co dzień w sądach. I jakoś nie jest mniej tłoczno, wręcz przeciwnie. 

Rzadko kiedy w sprawie sądowej o rozwód, alimenty, władze rodzicielską, kontakty z dzieckiem między byłymi partnerami chodzi o to, co jest napisane w pozwie czy we wniosku. Zamiast tego osoba, która składa kolejny pozew np. o alimenty krzyczy wewnątrz siebie: Zainteresuj się w końcu dzieckiem! Co z ciebie za rodzic? (W domyśle, nie jesteś takim rodzicem, jakim ja oczekuję, że będziesz, bądź takim rodzicem jak ja chce, żebyś był, a będzie super). W pozwie o rozwód piszę, że chce orzeczenia o winie współmałżonka, bo oczekuje jakiegoś rodzaju zadośćuczynienia, czuje się skrzywdzona/y jego / jej zachowaniem. Ale jak spytamy tego małżonka, kiedy ostatnio komunikował o swoich potrzebach drugiej stronie, albo kiedy spełnił jakąś potrzebę współmałżonka to pojawia się niezręczna cisza. Po kilku latach któreś z małżonków bardziej poczuje się skrzywdzone tym, że druga strona nie traktuje jej/jego już tak, jak byśmy szli na pierwsza randkę, gdzie było się gotowym zrobić wiele. Poczuje się nie spełniona tym, że nie szepcze już sprośnych słówek na uszko, tym, że nie mówi jak jestem ważny / ważna. A kiedy właściwie ja to zrobiłem / zrobiłam ostatnio wobec mojego współmałżonka? Przecież jak ja mu / jej teraz powiem, że jego / ją kocham, to pomyśli, że wariat jestem. Jak można takie rzeczy jeszcze mówić po 10 latach związku!? 

Dla obojga było oczywiste, że skoro są razem, to znaczy, że im na sobie zależy, że kochają i ble ble ble. Bo przecież mają to na papierze, a wiadomo, że co na papierze to na zawsze, więc po co jeszcze o tym mówić, po co te czułe słówka na co dzień po kilku, kilkunastu latach bycia razem!? 

Temat poszedł różnymi torami, tak jak życie. Niech ten fragment, który na co dzień w różnych wariantach wydarza się w milionach rodzin pozwoli zrozumieć złożoność, ale i fascynację tego, co może stworzyć dwójka ludzi. Jest jedynie pewnym wariantem.

 


Stworzyłem www.prawna.eu, aby pomóc wykonać pierwszy krok. Mimo, że jako adwokat prezentuje rozwiązania z praktyki sądowej, to nie są one jednakowo skuteczne dla wszystkich. Nie powinno się z nich korzystać bezwarunkowo. Wskazówki, które udostępniam powinny być szczegółowo analizowane, porównywane z własnym przypadkiem, konfrontowane, a w szczególności konsultowane z adwokatem, by mogły być wykorzystane w danym przypadku.

Pamiętaj, że przeszukiwanie Internetu nie zastąpi bezpośredniej rozmowy z adwokatem i uzyskania wsparcia prawnego odnoszącego się bezpośrednio do Twojej sytuacji, tak samo jak przeszukiwanie Internetu nie zastąpi wizyty u lekarza. Jeżeli masz problem prawny – idź do adwokata.

Adam Bernau, adwokat

 

tel: 500-506-506

e-mail: adam@prawna.eu

Lublin, ul. Radziszewskiego 8, lok. 214 (budynek kina Bajka, Plackarni)